4 maja 2014

Majówka jest specyficzna

Zdradzam w majówkę Bydgoszcz i uciekłem do kochanki - Sopotu. Zaczęło się jednak od dnia w Gdyni, do której jechałem pociągiem. Każde miasto ma swoje specyficzne cechy, to samo tyczy się przewozów. Jako "zapchajdziura" na blogu - o tym jak walniętym miejscem jest PKP, o atrakcyjnym jak zawodnik sumo molo w Sopocie, o temperamentnym Giovannim i dziełach sztuki za pół mieszkania w centrum Warszawy.   

Mojówkową podróż rozpocząłem, korzystając z PKP Intercity - miejsca, w którym obleśne pary zapominają, że to nie burdel. Tak, dwójka przede mną czyściła sobie wzajemnie migdałki aż błyszczały jak sukienki wyprane w Perwolu. Po kolei pociąg zaliczał zadupia w pomorskim województwie, naprzeciwko jednego wiejskiego dworca stał nawet warzywniak. Warzywniak stał po drugiej stronie torów - idealne miejsce na rozkręcanie swojego biznesu. W międzyczasie facet od migdalenia się zaczął czytać artykuł o zwalczaniu przedwczesnego wytrysku. On czytał o ejakulacji, ja o ADHD. W ten sposób się dowiedziałem, że jedną z oznak ADHD jest trzepanie nogą bez przerwy. Rozejrzałem się po pociągu i stwierdziłem, iż 5 osób razem ze mną cierpi na nadpobudliwość - nie jest dobrze. Czapka konduktora, tak przy okazji, jest zajebista - spadała mu przy każdym gwałtowniejszym ruchu na oczy.

Sopot jest jednak bardziej specyficzny. Tutaj największą atrakcją jest molo. Molo to, molo tamto, wszyscy gadają o molo jak o ósmym cudzie Świata. Skoro jest taką atrakcją, to dlaczego ludzie zasypiają na jego ławkach? Idąc wieczorem po molo widzę osoby robiące sobie zdjęcia, męczące się z wiatrem i takie, które zasnęły. Też mi atrakcja. 

Całe show odbywa się praktycznie koło Molo. Gdzie indziej panuje cisza przypominająca w niektórych momentach tą z westernów. W wersji współczesnej zamiast cowboyów staliby naprzeciwko sobie dresiarze. Problem jest taki, że tutaj takiego nie widziałem. Nie ma tutaj dresów! Świat się kończy, kiedy w mieście nie będzie dresów, a nie gdy papieżem zostanie czarnoskóry.

Za to jest Włoch, i to z krwi i kości. Tak przynajmniej twierdzę po jego entuzjastycznym monologu, który mogłem usłyszeć po wejściu do, któż by się spodziewał, pizzerii. Włoch, nazwijmy go Giovanni, dobrze zainwestował, bo ciasto jest wyśmienite, a składniki też niespotykane w każdym lokalu z pizzą. Także, propsy dla Giovanniego.

Tu też mieli aukcje dzieł sztuki. Na temat cen można podyskutować - od 6 tyś do 130 tyś. To za 130 tysięcy było warte swojej ceny - moim zdaniem. Można było również nabyć puste płótno za 30 tysięcy. No ok, nie było całkowicie puste, lecz posklejane z różnych białych części w jedno. Co to zmienia? Nie mam bladego pojęcia.

O innych spostrzeżeniach będę pisał innym razem. Wracam do szurania puchatymi papciami po molo - ktoś musi zapewniać ludziom rozrywki. Aha, ehm, jak to szło... 10 lat w Unii! 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz